020A1482.jpg
JESIENNO-ZIMOWE KLIMATY

W ZGODZIE ZE SOBĄ, Z SZACUNKIEM DLA INNYCH
Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi pożytek. Wszystko mi wolno, lecz ja się niczemu nie oddam w niewolę.
1 Kor, 6. 12

NIE BOJĘ SIĘ IŚĆ DALEJ
   
Przez wiele lat tkwiłam w toksycznych relacjach, byłam uzależniona od alkoholu, narkotyków i drugiego człowieka. Byłam nieszczęśliwa i cierpiąca. Wspominam kilkanaście lat mojego życia jak zły sen.

   Jako dziecko myślałam, że najważniejsze jest spełnianie oczekiwań innych. Dobre oceny, nienaganne zachowanie, wszystko na czas, nigdy nie odmawiałam, gdy ktoś mnie o coś poprosił. O asertywności wiedziałam niewiele. Gdy próbowałam się buntować, wystarczyła nieprzychylna mina drugiej osoby, żebym czuła się winna i uległa.

   Nie radziłam sobie z uczuciami i krytyką. Kwitłam, kiedy byłam chwalona, płakałam w środku, kiedy ktoś mówił, że mogłam coś zrobić lepiej. W relacjach z rówieśnikami często czułam się jak „dodatek”, zwykle „przyklejałam się do kogoś”. Miałam jedną „najlepszą” przyjaciółkę, reszta świata mogła nie istnieć.
   Trudno przechodziłam okres dojrzewania. Odkrywając swoją tożsamość, przewidywałam czarne scenariusze. Spędzałam czas płacząc, pisząc smutne wiersze przy świecach w zamkniętym pokoju, a gdy ktoś pytał, co mi jest, odpowiadałam: „nic”.
   Szybko weszłam w relacje z mężczyznami. W wieku 15 lat zakochałam się w starszym o trzy lata chłopaku, który był spełnieniem moich marzeń i snów. Słuchałam muzyki takiej jak on, spędzałam czas z jego znajomymi, rezygnując ze spotkań z rówieśnikami. Nawet nie zauważyłam, kiedy po czterech latach podniósł na mnie rękę, a gdy chciałam odejść, groził samobójstwem. Mimo że bliscy mówili mi, że powinnam zakończyć tę relację, nie potrafiłam tego zrobić. Brak własnych granic, nieumiejętność ich wyrażania sprawił, że nie wiedziałam, jak wyjść z tej sytuacji. Wszystkie problemy topiłam w alkoholu i narkotykach.
   W końcu weszłam w kolejny związek, który miał mnie uratować od poprzedniego. Szybko „zakochałam się” w innym mężczyźnie. Narkotykowo-alkoholowy świat połączył nas takim węzłem, który nazywałam miłością, że pomimo poczucia (po kilku latach), że jestem nieszczęśliwym człowiekiem, nie potrafiłam go rozwiązać.

   Szybko okazało się, że tak jak nie potrafiłam postawić granic w pierwszym związku, tak w kolejnym to mi się nie udawało. Po kilku miesiącach mój partner mnie zdradził. Gdy się o tym dowiedziałam, przytuliłam go, bo był taki „biedny” i smutny. Cierpiałam w samotności, obwiniając siebie, że jestem nie dość dobra.

   Uzależniłam się od alkoholu, narkotyków i mojego partnera. Robiłam wszystko, żeby ze mną był. Miałam niskie poczucie własnej wartości. Przy nim czułam się nikim, pomimo że studiowałam, osiągałam sukcesy w pracy. Zawsze czułam się gorsza. Myślałam, że nie dorównuję mu intelektualnie. W moich oczach był mądry, potrafił wypowiadać się na każdy temat, do tego dusza towarzystwa. Przejęłam wszystkie obowiązki domowe i dbałam o to, żeby starczało nam na opłaty i jedzenie. On jak miał pieniądze (dostawał je od ojca), wydawał je na przyjemności, a ja na potrzeby bieżące. On nie wracał na noc, ja biegałam po mieście i go szukałam...


Kasia

 

 

SŁUCHAM SERCA
   
Czy potrafię być wolna w tym, co robię i jak żyję? Jest wolność „od” i wolność „do”; każdy ma coś, od czego chciałby się uwolnić, i to, co chciałby jako człowiek zrealizować. Co stoi na przeszkodzie w realizacji pragnień? Co ogranicza moje dążenie do wolności?

   Zacznę od historii z przeszłości.
Kiedy miałam 17 lat, męczyło mnie mieszkanie z rodzicami, były dni, że nie mogłam się uczyć, nauka po prostu nie wchodziła mi do głowy. Wtedy nie wiedziałam, że to rozbicie wewnętrzne jest skutkiem alkoholizmu w moim domu. Nie wiedziałam nigdy, czy wieczór będzie spokojny, czy będę znów słyszeć podniesiony głos mamy, czy może ojca nie będzie w domu i będziemy się martwić, co się z nim dzieje.

   Po tak zwanych incydentach ojciec przepraszał mamę, ona mu przebaczała i jakiś czas był spokój, aż do następnego razu.             Pewnego jesiennego wieczoru, nie mogąc wytrzymać napięcia, poszłam na spacer. Przyszło mi na myśl, żeby już nie wracać. Nie chciałam mieszkać z rodzicami.

   Dokąd iść? Przecież chcę skończyć szkołę, pójść na studia. Nie mam zawodu, skąd wezmę pieniądze na życie? Zrozumiałam, że muszę wrócić do domu, bo jestem materialnie zależna od rodziców. To była moja zupełnie racjonalna, podjęta bez czyjegokolwiek nacisku decyzja: wracam.

   Może się to wydawać sprzeczne: byłam zależna, ale wolna w swoim postanowieniu. Granica była wyraźna: gdy tylko będę mogła się usamodzielnić, zrobię to, czyli po studiach.

   Minęły trzy lata, byłam na studiach, które mnie pochłaniały, dawały satysfakcję. I zakochałam się – z wzajemnością. Była to pierwsza naprawdę głęboka miłość. Niewiele rozmawialiśmy z moim chłopakiem o przyszłości, ale było dla mnie oczywiste, że będziemy zawsze razem. Spotykaliśmy się prawie codziennie.

   Po jakimś czasie coś się zaczęło psuć, on miał jakieś pretensje. Ja nie rozumiałam, o co mu chodzi, nieraz płakałam. Moja mama, widząc łzy, powiedziała kiedyś: „jeśli ty tak przez niego płaczesz, to on cię nie kocha”. Bardzo mnie tym zraniła, uważałam, że jest w błędzie. To było na trzecim roku studiów, trwała trudna sesja, gdy zadzwonił do mnie i powiedział, że nie będziemy się więcej spotykać; nie tłumaczył, dlaczego. Modliłam się do północy, prosząc Boga, by wrócił. Nalegałam, byłam natarczywa, chciałam, aby było tak, jak chcę. Następnego dnia poszłam na egzamin, który zdałam poniżej moich możliwości. Po kilku dniach zadzwonił, przeprosił, coś tłumaczył. Byłam w siódmym niebie. Spotykaliśmy się, ale jego bliżej nieokreślone pretensje narastały. Po trzech miesiącach znów ze mną zerwał. Było mi trudno, ale już wiedziałam, że nasze wspólne życie nie jest możliwe.

   Po kilku miesiącach spotkaliśmy się „przypadkiem”. Proponował, żebyśmy zaczęli wszystko od nowa. Nie chciałam go ranić, wypowiadając twarde „nie”. Powiedziałam, że jestem jeszcze w stanie nierównowagi emocjonalnej (co było prawdą), więc nie mogę podejmować decyzji, które mogłyby mieć wpływ na całe życie. Odsunęłam czas wiążącej odpowiedzi, chcąc uniknąć nalegania. Ta granica broniła mojej równowagi i mojej przyszłości.

   Po jakimś czasie wyszłam za mąż za człowieka, na którym mogę polegać. Urodziły nam się dzieci, a jeden z naszych synów w okresie dojrzewania zaczął eksperymentować z substancjami psychoaktywnymi. Po skończeniu studium w innym mieście wrócił do domu, wtedy okazało się, że pije w sposób niekontrolowany. To był szok. Koleżanka z pracy, widząc moje cierpienie, podzieliła się swoim doświadczeniem w podobnej sytuacji. Dla dobra syna poszliśmy z mężem na terapię dla rodziców, a syn podjął terapię dzienną. Nie pomogła. Próbowaliśmy różnych sposobów „wpłynięcia” na postępowanie syna. Bezskutecznie.

   Nasz syn nie mógł znaleźć pracy. Z powodu złego stanu zdrowia otrzymywał rentę, z której nie mógłby się sam utrzymać. Wiedzieliśmy, że jako rodzice do końca życia jesteśmy zobowiązani do opieki nad nim. Powiedzieliśmy, że może z nami mieszkać, jeśli nie będzie pić. Pewnego popołudnia wrócił do domu nietrzeźwy. To było złamanie warunków. Otworzywszy drzwi, zażądałam zwrotu kluczy i jego karty bankomatowej. Oddał potulnie. Nie wpuściłam go do domu...
 

 

T.M

Jak odbudować szacunek do samego siebie na str. 4 - 7 nr 6/2020 

NAD WSZYSTKIM CZUWA BÓG

Z LUCYNĄ DEC  – KOORDYNATORKĄ RUCHU „MATKI W MODLITWIE” – ROZMAWIA DANUTA ŁUGOWSKA OV

Sercem Waszej wspólnoty jest całkowite zawierzenie siebie i dzieci Bogu...
Tak. Chodzi o to, aby tak zaufać Bogu, żeby nie odczuwać jakichkolwiek leków czy obaw i żyć przeświadczeniem, że Jezus wszystkimi wymodlonymi sprawami się zajmie. Oczywiście nie oznacza to „nic-nie-robienia”. Przeciwnie, często kobieta po jakimś czasie zauważa, że największą pracę musi wykonać nad sobą i z Boża pomocą stara się to zrobić. Nieraz matki się skarżą, że tyle się modlą, a nic się nie zmienia. Ale Bóg ma swoje plany i z Jego perspektywy wiele spraw może wyglądać zupełnie inaczej. Rozwiązywanie problemów nie musi się pojawiać natychmiast, nie musi być realizowane tak, jak matka to sobie wyobraża. Bo matce czasem się wydaje – na przykład – że wystarczy, żeby jej dziecko zmieniło otoczenie – kolegów, koleżanki, szkołę czy miejsce pracy – i wszystko ułoży się dobrze. A Bóg ma inny plan. Doświadczyłam tego osobiście.
Mogłaby Pani podzielić się z czytelnikami tym doświadczeniem?
Córka po czterech latach małżeństwa nie miała potomstwa. Chodziła – za moją radą – do specjalistów, leczyła się, ale nic z tego nie wynikało. Dopiero jak oddałam ją pod opiekę Panu Jezusowi, urodził się jej pierwszy syn, który dziś ma 8 lat, potem następny, który ma 3 latka. No i następna miała być dziewczynka, ale urodził się trzeci synek, ma pół roku. I mamy Tymoteusza, Franciszka i Antoniego.

Później zdiagnozowano u mnie nowotwór. Wówczas pomyślałam: „Dzieci już mam odchowane. Poradzą sobie”. No i westchnęłam: „Panie Boże, jeśli jestem potrzebna, chcę żyć. Jeśli nie, to mnie zabieraj”. Potem pękła mi siatkówka w oku. To też powierzyłam Bogu. Po roku, po operacji, byłam zdolna do zorganizowania międzynarodowej konferencji MwM w Polsce. To było moje dziękczynienie Bogu za cud uzdrowienia. W tym trudnym dla mnie czasie modliły się za mnie „Matki w Modlitwie” i nasza Grupa Wstawiennicza. Tworzą ją osoby świeckie i konsekrowane,
które codziennie modlą się w intencjach ruchu MwM w Polsce i na świecie.

Więcej  o ruchu "Matki w Modlitwie" -  na str. 8 - 11 nr 6/2020

JUBILEUSZ

WSPÓLNOTA RODZIN KATOLICKICH Z PROBLEMEM ALKOHOLOWYM ŚWIĘTOWAŁA SWÓJ SREBRNY JUBILEUSZ W DNIACH 5-9 SIERPNIA 2020 ROKU U GIETRZWAŁDZKIEJ PANI.

    Są takie miejsca, w których czas zwalnia. Daje to okazję do refleksji nad minionym rokiem, latami, życiem. Takim miejscem jest Gietrzwałd, gdzie od 25 lat spotyka się Wspólnota Rodzin Katolickich z Problemem Alkoholowym. W tym roku jej spotkanie u Matki Bożej w Gietrzwałdzie miało charakter jubileuszowy. Na wspólne świętowanie przybyli duszpasterze od lat towarzyszący Wspólnocie Rodzin: ks. Lucjan Szcześniak, ks. Krzysztof Kościelecki, o. Jan Karczewski, ks. Ireneusz Mrowicki, ks. Tadeusz Alicki, ks. Tadeusz Jabłoński, a także obecnie posługujący jej kapłani: ks. Wojciech Piórkowski (asystent kościelny Wspólnoty) oraz o. Mariusz Zacharkiewicz (dyrektor Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu). Uroczystości jubileuszowe uświetnili swoją obecnością metropolita warmiński abp Józef Górzyński i przewodniczący Zespołu ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych przy Konferencji Episkopatu Polski bp Tadeusz Bronakowski.
    Spotkanie rozpoczęło się Mszą świętą. Po niej spędziliśmy długie godziny na powitaniach i krótkich świadectwach. Każdy region, każda grupa, każda osoba – wszyscy mieli okazję się przedstawić. Nie trzeba było się wstydzić, że się jest alkoholikiem, osobą współuzależnioną czy kimś, kto wychował się w rodzinie, w której jeden z jej członków cierpiał na chorobę alkoholową.
Już na początku spotkania Marek z Legionowa mocno podkreślił: „Tu każdy może być sobą”. On i jego żona Bożenka są założycielami Wspólnoty Rodzin Katolickich z Problemem Alkoholowym. We Wspólnocie każdy jest mile widziany i serdecznie witany. Zwłaszcza dla tych, którzy na spotkaniach pojawili się po raz pierwszy, było to ważne i wzruszające. Opowiadali o sobie, o swojej radości, że się tu znaleźli, i o swoich niekiedy dramatycznych sytuacjach, które ich tu przywiodły...

Piękne spotkania, które przeżyłam z członkami Wspólnoty i ich opiekunem nie były dla mnie jedynie pracą reportera. One przerodziły się w czas budowania relacji, które wzbogacają mojego ducha. Bardzo wszystkim spotkanym osobom dziękuję (świadectwa oraz dłuższy artykuł z jubileuszowego świętowania w Gietrzwałdzie ukażą się w kolejnych numerach naszego pisma).
Jestem wdzięczna – w pierwszej kolejności Panu Bogu, a w drugiej osobom ze Wspólnoty Rodzin Katolickich z Problem Alkoholowym – za to, że mogłam przeżyć chwile pełne radości, prawdy, miłości, nadziei i wiary.

 

Danuta Ługowska OV

Dalszy ciąg relacji ze spotkania w Gietrzwałdzie na str. 16 - 19 nr 6/2020

Kolorowe pisanki

BEZGRANICZNE MOŻLIWOŚCI

Jedyny sposób, by odkryć granice możliwości – to przekroczyć je i sięgnąć po niemożliwe. Arthur C. Clark

 


    Jesteśmy uzależnieni, współuzależnieni, wykorzystani, zmęczeni. Graliśmy, piliśmy, ćpaliśmy, zajmowaliśmy się innymi, niszczyliśmy siebie, naruszaliśmy cudze granice, przekraczano nasze. Zawsze byliśmy najważniejsi. Zawsze inni stali na pierwszym miejscu. Ktoś napastował nas w ciemnym pokoju, my narzucaliśmy się komuś po alkoholu. Ktoś molestował. Ktoś był molestowany.

   Czy ktoś tego nie słyszał? „Nie wysiądziesz, póki nie porozmawiamy! Nie wyjdziesz, aż nie posprzątasz! Masz się uczyć! Masz pracować! Masz mnie kochać!”.

   Różne doświadczenia i różne perspektywy. Nasze granice brutalnie naruszano – bez naszej zgody i mimo naszej niezgody. My robiliśmy to samo. Czasem w dobrej wierze. Czasem z braku wiary. Łamaliśmy innych i nas łamano. Myślą, mową, uczynkiem. I zaniedbaniem.

   Widzieliśmy na własne oczy. Doświadczyliśmy, byliśmy sprawcami, ofiarami albo świadkami. Wokół nas nigdy nie brakowało nie nazwanej przemocy. I z takim bagażem weszliśmy w życie. Z wiedzą o tym, że granice są płynne, rozmyte, że ich nie ma. Że wszystko nam wolno, albo że innym wszystko wolno z nami. I jakoś musimy z tym iść przez życie.

   Stawiamy zapory, zasieki, wznosimy mury, nie dopuszczamy ludzi do siebie. Albo przeciwnie, nie mamy żadnych, nawet umownych, granic i nie widzimy ich u innych. Chcemy, żeby wszystko było przejrzyste, transparentne, bezkreśnie niezagrodzone.     A czasem udaje nam się znaleźć złoty środek i wypracować kompromisy; umiemy postawić swoje granice i przestrzegać cudzych. Szanujemy, rozmawiamy, akceptujemy, jesteśmy zdrowo asertywni i wszystko jest okay. To się naprawdę zdarza. Bo chodziliśmy na terapię, trafiliśmy do wspólnoty, poznaliśmy innych ludzi, bo mieliśmy szczęście – dobrego psychologa, mądrego księdza, dobrze dobrane leki albo coś, co pomogło nam zadbać o siebie i nie skreślić innych. Potrafimy. Ale czasem, przy całej niesamowitej asertywności i poszanowaniu, w głowie zostają nam szlabany i zasieki. „Możesz tylko tyle, dalej nie wolno. Nie powinieneś. Nie próbuj. Nie waż się. Rób tylko tyle, ile ci pozwolono. Nie pozwalaj sobie za wiele. Nie bądź taki wyrywny”.

   Ktoś tak kiedyś powiedział – albo sobie to wmówiliśmy – i w naszej głowie pojawiła się mapa. „Tutaj wiem, dalej terra incognita”. Białe plamy. Strach.

   Narysowaliśmy grubą czarną kreską granice swoich możliwości i nie przekroczymy ich, żeby nie wiem co. „Nie, tam lepiej nie, lepiej być tutaj, tu wiem, tu znam, tu jest moje, niedobre, ale przyzwyczajone. Tak, słusznie robisz, nie ma co ryzykować, nie ma co kusić losu”.

   Dużo się mówi o zmianach. Że nie ma co się trzymać uschniętego drzewa na pustyni, bo za rogiem czeka puszcza amazońska i hibiskusy. Dużo się mówi o odwadze. Że bez niej ani rusz, niemożliwa jest zmiana, że chodzi o przekraczanie, przezwyciężanie, działanie. Wyjście ze strefy komfortu.

   Otóż, powiedziałabym, że wszystko zależy od komfortu. W sumie nie ma nic złego w tym, że ktoś chce żyć tak, jak żyje i nie ma chęci niczego zmieniać. Chce mieszkać w Polsce albo nie zamierza do niej wracać, nie pragnie większego domu, własnej firmy, trzeciego samochodu. Niech każdy robi to, co uważa za dobre – nie krzywdząc innych.
   Ale zupełnie co innego, jeśli chcielibyśmy żyć inaczej – i sobie na to nie pozwalamy. Gdy mamy rozrysowane w głowie trasy, po których się możemy poruszać. Gdy wytyczyliśmy szlaki, z których nie wolno schodzić. Największe ograniczenia to te, które sami sobie narzucamy. To my wznosimy najwyższe i najtrwalsze mury. To my ustalamy nieprzekraczalne granice. I to od nas zależy, czy zdołamy je usunąć.
   Niedawno zmieniłam pracę. To znaczy miejsce pracy, bo nadal jestem bibliotekarką i nadal w szkole, tylko teraz w Warszawie i w liceum. Ciekawe doświadczenie: po trzynastu latach, po stworzeniu w pustym pomieszczeniu klubu przyjaznego młodym ludziom, z kanapami, fotelami i gramofonem, zostawiłam wszystko i poszłam gdzie indziej. Najtrudniej było zostawić tych młodych ludzi i tę cząstkę siebie, która została między regałami. Ale czułam, że wyrosłam z tego miejsca już dawno temu, że się w nim męczę, jak kwiat w za ciasnej doniczce, który albo się sam przesadzi, albo uschnie. Czułam, że muszę odejść – że taka jest kolej rzeczy – i nie dawałam sobie do tego prawa. Moje jasno zakreślone granice nie przewidywały, ba, nie dopuszczały, takiej zdrady. Tak, zdrady. Bo powinnam wrócić. Bo co teraz z tymi młodymi ludźmi. Bo wszyscy się spodziewają, że tam będę. Bo tam jest moje miejsce! Co ja sobie wyobrażam, na co się porywam!

  Granice. „Dalej nie możesz, tu musisz zostać. Hola, hola, dokąd to? Nie za daleko? Nie za śmiało? No, no, żebyś nie żałował! Gdzie ci będzie lepiej niż tutaj...

 

Ewa Skórska

Dalszy ciąg na str. 38 - 39 nr 6/2020

 


 

ZOSTAŁAM ZAAKCEPTOWANA TAKA, JAKA JESTEM NAPRAWDĘ

Miałam pięć lat, gdy na znak sprzeciwu tupnęłam nogą, pokazując przy tym język. Już więcej tego nie zrobiłam. Zostałam ukarana. Moja granica cielesna została po raz kolejny przekroczona. Takich sytuacji było wiele. Kiedy tata wracał pijany, nigdy nie wiedziałam, czego się spodziewać. Mój film, w którym byłam głównym bohaterem, miał tytuł: „Jak przeżyć”.
Przez kolejne lata życia utwierdzałam się w przekonaniu, że można zrobić ze mną wszystko. W szkole, podczas zabawy, w spotkaniach ze znajomymi nie miałam swojego zdania. Wiedziałam, wyczuwałam, co mam powiedzieć, co zrobić, jak się zachować, by inni mnie lubili i byli zadowoleni. Nauczyłam się tego w domu. Alkohol sprawiał, że moi bliscy byli nieobliczalni. Wyczuwanie sytuacji i radzenie sobie z nimi było kluczowe dla mojego życia. Nie liczyło się to, co czuję, co przeżywam. Przez wiele kolejnych lat nie wiedziałam, kim jestem, jaka jestem. To, co mówili inni o mnie, jak mnie traktowali, kształtowało moje poczucie siebie. By chronić swoje wrażliwe wnętrze, nauczyłam się manipulować. Robiłam to również po to, by przeżyć fizycznie i emocjonalnie. Tak weszłam w dorosłość. Przebudzenie nastąpiło, gdy podjęłam pierwszą pracę. Narastało we mnie ogromne napięcie. Dawałam się wykorzystywać, nie potrafiłam mówić „nie”. Rosła we mnie frustracja i agresja. Wyobrażałam sobie, jak mogłabym sobie poradzić, ale nie miałam odwagi, by wcielić to w życie. Przerażałam się sama sobą. Zaczęłam się izolować. W obecności drugiego człowieka czułam ogromne napięcie, bo nie umiałam siebie przed nim chronić.
Od dawna miałam też wyuczony – podpatrzony z domu – sposób, by radzić sobie w kryzysowych sytuacjach: upijanie się, by nic nie czuć. Byłam wykończona ciągłym spełnianiem pragnień i potrzeb innych ludzi. Innych, bo moje się nie liczyły. Tłumaczyłam sobie, że ich nie mam. Jedynym sposobem, jaki mi przyszedł do głowy, by to przerwać, była ucieczka w pracę. Robiłam to wiele razy, gdy było mi źle. Często zmieniałam pracę. W końcu zaczęłam też nowe studia. Sama wybrałam kierunek (przedtem inni mówili mi co mam robić w życiu, jakie studia są dla mnie najlepsze).
I właśnie podejmując nowe studia, dowiedziałam się, że istnieje taki ktoś jak Dorosłe Dziecko Alkoholika. Zaczęłam więc coraz więcej rozumieć, coraz wyraźniej się określać. Miałam już coś do powiedzenia o sobie, od siebie. Już coraz śmielej stawiałam innym granice, nie zgadzałam się na wszystko. Słuchałam swoich potrzeb, pragnień. Zaczęłam nawet marzyć.
Najtrudniej było mi w relacjach z bliskimi i z ważnymi dla mnie osobami. Dopiero gdy trafiłam do Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu, i podjęłam współpracę z Braćmi Kapucynami, zaczęłam odrywać pępowinę. W OAT po raz pierwszy przerwałam rozmowę telefoniczną z pijanym tatą, którego do tej pory zawsze słuchałam pokornie, bo bałam się jego reakcji. Postanowiłam zachowywać się inaczej, zrozumiałam, że jestem ważna dla siebie i muszę zadbać o siebie, a nie o tatę. Walka o siebie stała się moim priorytetem. Moje zdrowienie zaczęło się od zakochania. I niestety znów uzależniłam się od mężczyzny. Znowu zaczęłam
zapominać o sobie...

Dorota AA/DDA

Jak przyjąć siebie taką jaką się jest naprawdę na str. 40 - 41 nr 6/2020

pobrane.jpg
logo OAT big.jpg
npz_logo.jpg