DSC_0887.JPG
WE WRZEŚNIOWYM NUMERZE

 SZCZĘŚCIEM JEST PRZEBYWANIE Z KIMŚ, KTO NAPRAWDĘ KOCHA

NIE POLEGAM WYŁĄCZNIE NA SOBIE

      Przyszedł taki moment, kiedy moja samowola odepchnęła mnie od wszystkich, zostałem całkiem osamotniony i wałęsałem się po ulicach – zdany na łaskę przechodniów.

          Kiedy alkohol rzucił mnie na kolana, gdy w głębi mojego serca i duszy zapragnąłem zaprzestania picia, powrotu do zdrowia i przyznania się do swojej choroby alkoholowej – byłem gotowy, by poprosić o pomoc.

          Spotkałem ludzi, którzy mi pomogli; na początku terapeutów, a potem Wspólnotę Anonimowych Alkoholików oraz duszpasterzy OAT w Zakroczymiu. Uczciwa i rzetelna praca z innymi wniosła do mojego życia nowe wartości. Zniknęła samotność i izolacja. Mam teraz wokół siebie mnóstwo przyjaciół, którzy podobnie jak ja odzyskują zdrowie, pomagając innym; to doświadczenie obecności, którego nie mogę stracić.

          Największą moją wartością jest dar wiary, który otrzymałem w odpowiednim momencie...

 Jacek z Kwidzyna

 

 

NIE MAM JUŻ OBSESJI PICIA

    Jestem alkoholikiem. Nie piję – idąc Programem 12 Kroków AA – ponad 27 lat. Ale zdolność do wywoływania sobie i innym kryzysów zachowałem nadal, jestem w tym specjalistą. Kiedyś, gdy sam chciałem zapewnić sobie szczęście, cierpiałem, a próba działania na własną rękę i za wszelką cenę o mało mnie nie zabiła. Dziś już nie działam w pojedynkę.

         

          Najboleśniejsze są cierpienia duchowe. Z nich wynikają moje problemy, które ciągną się za mną od dzieciństwa. Byłem zaniedbany przez rodziców. Żyłem w permanentnym strachu, ciągle uciekając z linii strzału mojemu ojcu – skrajnie agresywnemu alkoholikowi. Zawsze, gdy tylko sobie o mnie przypomniał, źle się to dla mnie kończyło. I, jak się dowiedziałem od świadków wydarzeń, tak byłem traktowany od niemowlęcia. Nikt z najbliższych nie wywiązywał się ze swoich powinności…

          Żyjąc w dysfunkcyjnym domu, nie byłem w stanie uwierzyć, że gdzie indziej może być inaczej. Choć moi rodzice pewnie przez jakiś czas się kochali, nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia, bo nawet okruchów miłości mi nie przekazali. Dominowała w naszym domu przemoc, walka na przewagi prawie we wszystkich sytuacjach dnia codziennego. Budowanie relacji przy pomocy siły zostało mi przekazane. Wpojono mi, że lepiej być w gronie katów niż ofiar. Ale i tak czułem się ofiarą. Zawsze j wszystko kończyło się odrzuceniem. Najpierw wśród rówieśników szkolnych, a potem w pracy; z początku były nagrody za super wyniki, ale gdy redukowano etaty, to „musiało” trafić na mnie.

          W końcu uzbroiłem się w pancerz, który miał mnie chronić; starałem się nic nie czuć, byłem bezlitosny i bezwzględny wobec innych (zapamiętałem tę bezwzględność wobec mnie w rodzinnym domu) i stale potrzebujący alkoholu, stale chciałem być pod jego wpływem, bo on wyłączał mi nieprzemijający lęk, pustkę, depresję… Oczywiście, to była iluzja. Alkohol wprowadził piekło do mojego wnętrza. Spowodował samotność w mojej chorobie.

          Od września 1994 roku jeżdżę do OAT w Zakroczymiu. Tam dostałem wsparcie od o. Benignusa...

 

Andrzej z Krakowa

         

 

SIŁA NAPĘDOWA

    W pierwszym okresie mojego trzeźwienia, kiedy zupełnie odstawiłem alkohol, bardzo dokuczała mi samotność. Brak kontaktu z innymi ludźmi sprawiał mi ból i cierpienie. Cały świat legł w gruzach. Nie było ani wódki „pocieszycielki”, ani żywej duszy. Był tylko wstyd i strach przed ludźmi, których skrzywdziłem przez lata  mojego picia.

          W domu o powierzchni 210 metrów kwadratowych zajmowałem 8; to było moje biuro, salon i sypialnia. Moja dwójka dzieci – syn 16 lat, córka 13 – nie wierzyła, że ich ojciec  w końcu przestanie pić. Cała rodzina zachowywała dystans wobec mnie. W tym czasie miałem pretensje do Boga, że pokarał mnie i moją żonę chorobą alkoholową. Nie pomyślałem, że to ja odwróciłem się od Niego; przestałem uczęszczać na Msze w niedziele i święta, przestałem klękać rano i wieczorem do pacierza. Im więcej było alkoholu w moim organizmie, tym bardziej wypierałem istnienie  Boga – nie był mi do niczego potrzebny, bo powoli sam stawałem się bogiem.

           Kiedy przyszedłem do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, nadal byłem samotny w swojej chorobie, ale nie byłem sam...

                                                                            

   Andrzej  Szczęściarz

 

NIE CZUJĘ SIĘ OSAMOTNIONA

     Dorastanie w domu, w którym tata pił alkohol, nakładało na moje ja warstwy doświadczeń, które nie były ani przerażające, ani skrajnie szokujące, jak się o tym nieraz słyszy. Po prostu były. Gdy ojciec przychodził na rauszu, mama mówiła do niego podniesionym głosem, nawet krzyczała. Myślałam wtedy: „Czy ona nie może mu po prostu odgrzać tego obiadu? Przecież i tak to zawsze robi. I niech będzie cicho, bo nie mogę zasnąć”.

          Alkohol był częścią relacji rodzinnych i towarzyskich. Nie cierpiałam długich, głośnych rozmów przy kieliszku; były bezdennie głupie. Powtarzane w kółko te same historie, często wulgarnymi słowami. Tata zwykle dominował nad gośćmi, zabawiał ich. I to im się podobało. A mnie – nie. Wchodząc w wiek dojrzewania, uważałam, że życie nie ma sensu. Takie życie, bo innego nie znałam.

          Rodzice byli – mimo wszystko – kochającym się małżeństwem, ale mama odreagowywała swoje frustracje na mnie. Dbała też o mnie, ale gdy urodził się mój brat, 6 lat młodszy ode mnie, bardziej skupiała się na nim.

          Byłam w liceum, gdy rodzice założyli zakład rzemieślniczy. Oboje wyjeżdżali do pracy prawie na cały dzień. Jadłam obiady w szkole, a brat u zaprzyjaźnionej rodziny. Wtedy chyba nikt się mną nie przejmował. Przeżywałam kryzys autorytetu, kryzys wiary i byłam nieszczęśliwie zakochana. W szkole wywierano na mnie presję, bym się zapisała do organizacji socjalistycznej. Wahałam się, postanowiłam najpierw przeczytać Pismo Święte, żeby wiedzieć, co odrzucam. Po miesiącu oddałam deklarację organizacyjną, bo przeczytałam Nowy Testament. Ewangelia św. Jana i Dzieje Apostolskie były dla mnie tak cenne, że nie chciałam rezygnować z wiary.

         

          Picie taty pogłębiało się. Zdarzało się, że znikał na tydzień, nie nocował w domu. Pierwsze zarobione pieniądze w zakładzie – dużą wypłatę – skradziono mu, gdy był po pijaku. Mama, o dziwo, cieszyła się: „dobrze mu tak”. Trafiło mu się też kolegium za jakąś „napaść słowną”. Zapłacił karę.

          Pewnego wieczoru wyszłam z domu. Nie chciało mi się do niego wracać...

Teresa Mierzejewska

         

         

WYJŚCIE Z IZOLACJI

          W dzieciństwie i długo później przeżywałam samotność jako stan niechciany i trudny. Zostawałam sama wśród dziwnych zachowań dorosłych – ich krzyków, bycia i znikania. Sama ze swoim lękiem, pustką i wielką niewiadomą, brakiem bezpieczeństwa. Sama z niepewnością powrotów i obawą przed porzuceniem. Ukojenie znajdowałam w przyrodzie. W pobliskim parku. Drzewa zawsze znajdowały się na tym samym miejscu, były kwiaty i ptaki. Jeszcze wtedy nie rozumiałam, że jest to rodzaj samotności, który może być dobry i twórczy.

          Mój azyl został mi jednak odebrany. Mama uciekła  z domu ze mną i moim rodzeństwem od  nieustannie pijącego ojca, „wiecznego kawalera”. Przez kolejne cztery lata zmieniałam adres zamieszkania. Wszędzie czułam się wyobcowana i samotna. Nie miałam szansy na poznanie przyjaciół czy choćby znajomych. Ten stan się pogorszył, kiedy sama zaczęłam pić.

          Nie ufałam nikomu. Wpakowałam się w destrukcyjną samotność, bo nie lubiłam być ze sobą. Moje lęki były jak zmory – nie do wytrzymania. Nie umiałam też być z innymi. Izolowałam się, alkohol sprawiał, że uciekałam od tego, co przeżywam.

          Teraz, kiedy przeszłam drogę od uzależnienia do zdrowienia, już wiem, że samotność jest stanem bardzo potrzebnym...

 

Dorota AA/DDA

 

PRZESTAŁAM WEGETOWAĆ

          Jestem samotną matką trójki dzieci od 15 lat. Ojciec dzieci nie utrzymuje z nimi kontaktu; nie uczestniczy w ważnych momentach ich życia, takich jak urodziny czy święta. Rozwiodłam się z nim, ponieważ był sprawcą przemocy i nadużywał alkoholu. Nauczyłam się żyć samotnie. 

          Spotykałam osoby, które chciały uczestniczyć w moim życiu, ale nie w życiu rodzinnym i religijnym. Musiałam zrezygnować z miłości do innego mężczyzny, ponieważ  w świetle wiary nadal jestem żoną ojca moich dzieci. Radość życia odnajdywałam w ich wychowywaniu, w pomaganiu ludziom pokrzywdzonym, opuszczonym, pozostawionym w domach opieki, nieuleczalnie chorym w szpitalach.

           Samotność towarzyszyła mi od dnia, w którym  zmarła moja nowo narodzona siostra. Zostałam zupełnie opuszczona przez rodziców...

Barbara

Dalszy ciąg świadectw osób, które "wyszły z samotności" na str. 2 - 9 nr 5/2020 

PROWADZENI PRZEZ BOGA

Z AGNIESZKĄ I PAWŁEM  – UCZESTNIKAMI DROGI NEOKATECHUMENALNEJ – ROZMAWIA DANUTA ŁUGOWSKA OV

Pawle, od kiedy jesteś na Drodze Neokatechumenalnej?

Paweł: Od 1991 roku.

Co pamiętasz z początków Drogi?

Prawie nic. W wyobraźni mam przed oczami tylko twarze, osoby. Wydarzenia jakoś mi umknęły.

A Ty, Agnieszko.

            Zapamiętałam wiele wydarzeń, wszystkich nie sposób przywołać. Od wydarzeń ważniejsze było  poczucie, że we wspólnocie dzieje się coś prawdziwego, że nie rozważa się wzniosłych idei teologicznych i nie roztrząsa się zasad moralnych, tylko się nimi żyje. Że w tej wspólnocie jest żywy Bóg. Tak wtedy czułam. A potem przez lata tego doświadczałam.

           

Jak postrzegasz swoje życie chrześcijańskie przed wejściem na Drogę?

            Wcześniej było we mnie pragnienie przeżycia czegoś prawdziwego. Dom rodziny dał mi elementarne religijne wychowanie, polegające na tym, że dziecko prowadzi się do kościoła i umożliwia mu przystępowanie do sakramentów. Dość wcześnie rozwój mojego życia religijnego pozostawiono mnie samej. Poszukiwałam więc swojej ścieżki i Bóg wykorzystał naszą przyjaźń; gdybyś Ty, Danka, nie chodziła na pielgrzymki, ja bym też nie chodziła. Gdybyś nie poszła do „Neo”, sama bym tam nie trafiła. Tymczasem znalazłam się we wspólnocie i jestem w niej już prawie 30 lat. 

           

A Ty, Pawle, jak trafiłeś do „Neo”?

            Na  katechezy wspólnotowe rozpoczynające Drogę, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, przyprowadziła mnie mama. Na początku  traktowałem Neokatechumenat trochę jako miejsce spotkań towarzyskich. To nie znaczy, że nie miałem innych przyjaciół. Ale ludzie, których spotkałem w „Neo,” w moim wieku, ale i znacznie starsi, mnie przyciągali. Nie doświadczyłem wtedy jakiegoś religijnego przełomu. Nie czułem, że Bóg jest w moim życiu i działa.

           

A kiedy poczułeś?

            Gdy byłem już żonaty. Szczególnie ważne jest dla mnie jedno doświadczenie.  Kupiliśmy z Agnieszką mieszkanie. Ale okazało się, że razem z mieszkaniem dostaliśmy bardzo uciążliwego sąsiada. Notorycznie się upijał, słuchał głośno muzyki, nieustannie imprezował. Mimo licznych interwencji policji – nic się nie zmieniało. Sąsiad wiedział, że nam dokucza, robił to z premedytacją. Czułem się kompletnie bezsilny. Byliśmy naprawdę w rozpaczliwej sytuacji. Mieliśmy wtedy już dwójkę małych dzieci. Agnieszka była totalnie zmęczona. Bałem się, że w desperacji  mogę zrobić coś głupiego. Modliłem się więc według wskazań, które otrzymaliśmy na Drodze – otwierając Biblię. Pamiętam jak dziś – trafiłem na fragment z Pisma Świętego, który odczytałem jako odpowiedź na moje zakłopotanie...

Więcej  o drodze Agnieszki i Pawła -  na str. 10 - 13 nr 5/2020

DAR

Skrzywdzone dziecko będzie w dorosłym życiu szukać po omacku obecności kogoś, kto przywróci je do życia w pełni. Kogoś, kto zintegruje to, co uległo rozkładowi, kto weźmie za rękę i wypowie słowa zmieniające wszystko: „Talitha kum” (Mk 5,38-41).
Chociaż obecność kojarzy się z czymś tak naturalnym jak oddychanie – to dla mnie taka nie jest. Chodzi o obecność pełną. Taką, która pozwala realnie odbierać siebie poprzez ciało, emocjonalność i tę cząstkę mnie, która pozwala mi być w kontakcie z Bogiem, moim Stwórcą. Tę trudność przyrównałabym do mozolnej drogi.
Skąd ten trud przychodzi?
W moim przypadku z doświadczenia przebywania wśród osób, które nie umiały być obecne. Nie mogłam ich spotkać takimi, jakimi są naprawdę. I ja stawałam się taka, ale nie byłam tego świadoma. Stale miałam poczucie niedosytu, gdy mnóstwo ludzi było wokoło, a nie było prawdziwej radości ze spotkania. Brakowało mi osób bliskich, które umiałby żyć obecną chwilą, od których mogłabym się tego uczyć...

Małgorzata

Czym jest obecność człowieka dla człowieka? -  na str. 44 - 45 nr 5/2020


 

SKRAWEK MOJEGO ŚWIATA

IDZIEMY DALEJ

PO TRZECH MIESIĄCACH KWARANTANNY W OŚRODKU APOSTOLSTWA TRZEŹWOŚCI POJAWILI SIĘ PIERWSI UCZESTNICY ORGANIZOWANYCH TAM SPOTKAŃ. JAK PRZEŻYLI OKRES PANDEMII GOSPODARZE OAT I ICH GOŚCIE? ICH WYPOWIEDZI NOTOWAŁA DANUTA ŁUGOWSKA OV.

Pomagałam ostatnio w przeprowadzce pewnej znajomej mojego syna. Co trzeba i kogo trzeba przewiozłam, co mogłam przechowałam, żeby dostarczyć później, a w dodatku poznałam dwudziestoparoletnią osobę spoza „mojego” kręgu i porozmawiałam z nią o prawosławiu, judaizmie i Izraelu. A potem wracałam do domu. I „wszystko stało w złocie i zieleni”, bo akurat był zjawiskowy zmierzch słońca i cały świat zapłonął: bloki, samochody, ulice; wszystko, jakby zalane miedzią, trwało aż do zachodu, a w radiu dogorywał „Purple rain” Prince’a. I chyba nic nie mogłoby się piękniej połączyć i piękniej umrzeć niż ta piosenka i ten zachód właśnie.

Trwałam w zachwycie i myślałam, jak bardzo cieszę się, że mogłam komuś pomóc i podzielić się tym, co miałam. I że akurat miałam to wszystko, czego komuś innemu było trzeba: i wolny wieczór, i sprawny samochód, i forsę na benzynę. Że mogłam po prostu dać to, co mogę, tym, którzy tego potrzebują. Że dla kogoś to była wartość, a dla mnie był to po prostu powrót do domu okrężną drogą, przez Ursynów i aleję Niepodległości z tym złotym słońcem w bonusie...

Ewa Skórska

Dalszy ciąg kolorowych pisanek na str. 41 - 43 nr 5/2020

   – Jak nastała epidemia koronawirusa – mówi Grzegorz z Warszawy –  myślałem, że świat się zawalił. Byłem załamany. Wszystko nie czynne, kościoły zamknięte. A ja bez Boga czuję się osierocony. Dla mnie Msza św. jest po prostu wszystkim. No i przejeżdżając koło Zakroczymia tydzień temu, dowiedziałem się, że w następny weekend będą odbywać się tu pierwsze spotkania. Ucieszyłem się: „Nareszcie wraca normalność. Ten świat jeszcze się nie skończył”.

     No i jesteśmy teraz w OAT na dniach skupienia, jest nas 12 osób. I już zaczęły się dziać cuda...

O powrocie do normalności po kwarantannie na str. 46 - 48 nr 5/2020

pobrane.jpg
logo OAT big.jpg
npz_logo.jpg