• Trzeźwymi Bądźcie

Droga do pełnej radości życia (z nr 2/2020)



Z BRATEM MARIUSZEM ZACHARKIEWICZEM OFMCAP – DYREKTOREM OŚRODKA APOSTOLSTWA TRZEŹWOŚCI W ZAKROCZYMIU I REDAKTOREM NACZELNYM „TRZEŹWYMI BĄDŹCIE” – ROZMAWIA DANUTA ŁUGOWSKA OV.


Rozpoczynam rozmowę z Bratem Mariuszem i myślę sobie, że jesteśmy w podobnej sytuacji. Mariusz dopiero od kilku miesięcy pełni swoją funkcję dyrektora i redaktora, a ja debiutuję jako członkini redakcji TB.

Moje pierwsze pytanie: Jak to było Mariuszu – Bracie we wspólnocie Kapucynów – z Twoim powołaniem? W końcu gdyby nie historia Twojej drogi z Bogiem, nie byłoby Twojej posługi w OAT.

Jeśli chodzi o powołanie zakonne, wszystko zaczęło się na pielgrzymce z Zielonej Góry, skąd pochodzę, do Częstochowy. Wtedy miałem 17 lat, no i sobie szedłem – nazwijmy to – trochę zbuntowany wobec świata. Wtedy nasza pielgrzymka łączyła się z gorzowską. Szli w niej m.in. kapucyni z Gorzowa. I w jakimś kościele, na postoju, trafiło do moich rąk kapucyńskie czasopismo, w którym przeczytałem z zaciekawieniem artykuł o bł. Honoracie Koźmińskim z Zakroczymia.

Co Cię w tej postaci zafascynowało?

Wszystko. Przeżyłem wtedy rewolucję myślową. Jak się ma 17 lat to pojawia się chęć „gwiazdorzenia”, zaistnienia na licznych obszarach życia. A tam wyczytałem, że o. Honorat spędził w Zakroczymiu 30 lat i tu przede wszystkim spowiadał, a potem był w Nowym Mieście nad Pilicą i tam też przez 30 lat przede wszystkim spowiadał. I z tej jego posługi duszpasterskiej zrodziły się wspaniałe owoce. Uzmysłowiłem sobie wtedy, że nie muszę robić wielkich rzeczy, żeby się zrealizować. Mogę robić proste, małe rzeczy, ale w łączności z Panem Bogiem. Potem, gdy czytałem świadectwa znanych artystów, literatów, którzy korzystali ze spowiedzi u o. Honorata i zawdzięczają mu powrót do Boga, uświadomiłem sobie: Siedział latami w jednym miejscu, a diametralnie zmienił, uzdrowił życie tak wielu osobom. Zrozumiałem, że nie muszę błyszczeć w świecie, nie muszę świecić wśród ludzi, żeby być dla nich kimś ważnym, potrzebnym. Wystarczy, że będę w relacji z Panem Bogiem i On będzie świecić w moim sercu, a ja będę miał z tego satysfakcję. Zaskakujące jest dla mnie to że, spowiadanie traktowałeś jako „coś małego”. Tymczasem spowiedzi w Zakroczymiu do dziś w sposób spektakularny zmieniają spowiadającym się uczestnikom spotkań w OAT bieg życia.

No tak, ale ja wtedy nie wiedziałem w zasadzie, czym jest spowiedź od strony spowiednika. Dopiero teraz widzę, że robię to, co robił o. Honorat. Wszyscy – duszpasterze OAT – dużo spowiadamy. I często na naszych oczach ludzie po spowiedzi – po dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu latach – odkrywają Boga na nowo, wracają do Chrystusa, do Jego Ewangelii. Jakie wydarzenie w Twoim dotychczasowym życiu kapłańskim i zakonnym uznajesz za bardzo istotne?

Myślę, że takim wydarzeniem, na które zresztą nie miałem wpływu, jest to, że zaraz po święceniach kapłańskich w 2007 roku znalazłem się w Zakroczymiu. To była moja pierwsza placówka i – jak to się mówi w żargonie kapłańskim czy zakonnym – „pierwsza miłość”. Byłem tu właściwie cztery lata, bo w grudniu 2010 roku wyjechałem stąd na misje do Gabonu. Tam byłem sześć lat i tam też pracowałem z osobami uzależnionymi od substancji psychoaktywnych; zwłaszcza Gabończycy, którzy mieli problemy z używaniem alkoholu, byli przez współbraci do mnie odsyłani. Bracia wiedzieli, że pracowałem w OAT i że tak zwane problemy alkoholowe nie są mi obce. Nawet podjąłem próbę założenia grupy AA w Gabonie. Nawiązałem kontakty z alkoholikami z Belgii i Francji w tej sprawie. Niestety, nic nam z tego nie wyszło, bo przedstawiciele tamtejszych wspólnot, którzy mieli nieść posłanie braciom w Afryce, przestraszyli się panującej tam wówczas epidemii Eboli i innych chorób. No a później wróciłem z misji do Polski i przez rok byłem w naszym klasztorze w Serpelicach nad Bugiem. A potem znów znalazłem się w OAT. Wróciłem tu, bo sam tego chciałem. W rozmowie z Bratem Prowincjałem, moim Przełożonym, chętnie wyraziłem zgodę, gdy zaproponował mi tutaj pracę. Miałem w pamięci te pierwsze cztery piękne zakroczymskie lata. One naprawdę były i są dla mnie bardzo istotne. Dlatego chciałem ponownie wejść w ten nurt myśli i działania w kontekście walki o wolność od uzależnień, w ten nurt duszpasterstwa szeroko rozumianej trzeźwości. Znam już trochę środowisko trzeźwiejących alkoholików i osób współuzależnionych. I to mi pomaga w funkcjonowaniu tutaj. Mam też wielu przyjaciół, którzy mnie w mojej ośrodkowej pracy wspierają. Tak więc - uważam, że przybycie do OAT w 2007 roku było wydarzeniem, które najbardziej zaważyło na tym, co jako kapłan i zakonnik teraz robię. I co robić chcę.

Wróćmy więc do 2007 roku i do tych lat Twojej „pierwszej miłości”. Co przekonało Cię, że jesteś tu potrzebny?

Myślę, że to, co widziałem na własne oczy, że towarzyszenie ludziom na drodze do trzeźwości ma sens; że ludzie, którzy zwracali się do mnie po pomoc, zwłaszcza podczas spowiedzi, naprawdę zmieniali swoje dotychczasowe życie na lepsze. Dotarło do mnie, że Pan Bóg działa w ich życiu. I że mam w tym jakiś udział, że jestem narzędziem w Jego rękach.

Duch Święty robi swoje?

Tak. Przypatrywanie się temu jak On to robi, jest dla mnie wielką wartością i powodem do coraz lepszej pracy w OAT. Bywają różne trudności w relacjach z naszymi ośrodkowymi gośćmi obarczonymi licznymi słabościami, ale nie są to bariery, których nie da się pokonać. Przeciwnie, z pomocą Ducha Świętego je pokonujemy. Często bardzo poranieni ludzie nabierają siły i przezwyciężają swoje słabości, stają mocno na nogach – w prawdzie wobec siebie i wobec Boga. Niedawno podszedł do mnie mężczyzna i wyznał: „Proszę ojca, dziewięć lat temu się u ojca spowiadałam”. Zaskoczony zapytałem: „Z dobrym skutkiem?”. Odparł: „Od tamtej pory jestem już innym człowiekiem. Jakim? Proszę zapytać o to moich najbliższych”. Dla tych chwil, dla takich spotkań warto żyć. One przekonują nas, że Duch Święty naprawdę działa, jeśli się do Niego o pomoc zwrócimy. To wielka radość być narzędziem w Jego rękach – m.in. podczas udzielania odpuszczenia grzechów. To wielka radość patrzeć, jak ludzie po przystąpieniu do sakramentu pokuty i pojednania wracają do pełni życia.

Domyślam się, że Twoim autorytetem moralnym, wzorcem do naśladowania

jest „Wielki Spowiednik” o. Honorat Koźmiński. Czy tak?

Przyznam się, że po przeczytaniu artykułu o nim we wspomnianym kapucyńskim piśmie nie sięgałem już do jego biografii. Nie czytałem też wielu jego publikacji, nie wgłębiałem się w jego myśli. Natomiast autorytetem moralnym był dla mnie, i wciąż jest, św. Jan Paweł II. Gdy odkryłem swoje powołanie, przede wszystkim jego wypowiedzi słuchałem, jego pisma wnikliwie czytałem. Gdy tylko pojawiał się w Polsce, jeździłem na spotkania z nim.

Nie do wiary, buńczuczny zielonogórski chłopak „biegał” za Papieżem?

Tak robiłem. Właśnie wtedy, kiedy byłem dość zuchwały i bezkompromisowy, zachwycałem się tym, co Ojciec Święty mówił do nas, Polaków, do mnie. Moja wychowawczyni w szkole średniej była w szoku, gdy wziąłem sobie bez pytania „dzień wolny” i pojechałem na spotkanie za nim do Skoczowa. Potem byłem też blisko niego w Starym Sączu i w Gorzowie. Imponował mi swoją duchową siłą, którą emanował. Trafiały do mnie jego słowa wypowiadane z niesamowitą mocą.

Jaka jego idea jest dla Ciebie najważniejsza?

Ta adresowana do młodych Polaków, którą wyrażają słowa prośby wypowiedzianej na Jasnej Górze w 1983 roku, a przypomnianej na Westerplatte:

„Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”.

Wiem, że realizujesz te słowa w swoim życiu.

Staram się. Te słowa przyjąłem do siebie; przyjąłem je jak syn od kochającego ojca. W wieku dorastania doskwierał mi brak relacji z ojcem. Mój tata miał problem z alkoholem. Papież poprzez swoje liczne wypowiedzi do młodzieży, do młodych mężczyzn stawał się dla mnie prawdziwym autorytetem. Zwłaszcza gdy mówił o odpowiedzialności za siebie i innych, gdy mówił o realizacji swoich celów.

Jaki cel stawia sobie nowy Dyrektor OAT?

Chcę realizować cele nakreślone przez o. Benignusa: pomagać ludziom w trzeźwieniu, ale też promować cnotę abstynencji.

A czym dla Ciebie jest trzeźwienie?

Trzeźwienie to m.in. walka o wolność. A mówiąc językiem teologii – to powrót do dziecięctwa Bożego, czyli do życia w wolności i prawdzie, to droga do świętości, do pełnej radości życia. To dorastanie do podejmowania trafnych, odpowiedzialnych wyborów, za którymi nie może się kryć smutek i zwątpienie, lecz właśnie radość.

Pan Bóg stworzył nas po to, abyśmy byli szczęśliwi, aby nasze życie było piękne. I ono jest piękne, jeśli nie jest zniewolone alkoholem czy innymi substancjami zmieniającymi świadomość.

„Jest o co walczyć” – mawiał o. Benignus, który doświadczał niewoli w obozach niemieckich (Sachsenhausen i Dachau) podczas wojny. Wiedział, czym jest zniewolenie fizyczne i duchowe. Wiedział też, że do takiego zniewolenia prowadzi nadużywanie alkoholu. Dlatego wysoko cenił abstynencję i trzeźwy styl życia. W szerszej perspektywie – wyrażał troskę o nasz kraj, o naszą ojczyznę. Po wojnie przebywając we Francji, słyszał często wypowiadane przez Francuzów słowa: „Pijany jak Polak”. To go oburzało i martwiło. Swoją pracą na rzecz trzeźwości starał się zmienić tę opinię. Starał się przede wszystkim wszelkimi możliwymi środkami zabiegać o trzeźwość naszego narodu. Walka o trzeźwość miała dla niego również wymiar patriotyczny. Trzeźwość była dla niego wartością, na której można budować przyszłość. Dla mnie również ma ona taką wartość. Dlatego jednym z celów mojej pracy w OAT jest towarzyszenie ludziom na drodze do wolności, czyli drodze wolnej od używek, opartej na dobru, prawdzie, wierze i Bożej miłości. Sam też chcę czerpać z tego, co proponuję innym. Wiem, jak ważne jest dla naszych oatowskich gości świadectwo mojego życia. Dlatego staram się i będę się starał, żeby nie wejść w jakieś zakłamanie, będę starał się świadczyć swoją postawą, że życie w trzeźwości, wspierane Bożą miłością, jest piękne. Masz jakieś przesłanie związane z Bożą miłością dla pracowników OAT, jego gości i czytelników „Trzeźwymi Bądźcie”?

Mam. Wypowiadam je za Janem Pawłem II: „Miłość jest bezinteresownym darem z siebie”. Dla mnie jest to bardzo ważne stwierdzenie. Ono jest komplementarne wobec tego, które Ty artykułowałaś podczas jednego ze swoich wykładów: „Miłość jest procesem”. Jeśli chcę kochać, muszę stale dawać coś z siebie. Oczywiście, zachowując swoją tożsamość, swoją wolność zarówno w relacji z Bogiem, jak i z drugim człowiekiem. A to dawanie może odbywać się nawet w bardzo prostych sytuacjach. Nawiążę tu do wizyty Maryi u Elżbiety. Matka Boża poszła do swojej kuzynki, aby podzielić się radością, że nosi Jezusa pod sercem. Nie wiele powiedziała jej na powitanie, a już poruszyło się dzieciątko w jej łonie z radości, gdyż Matka Pana ją nawiedziła. To jest dla mnie najpiękniejszy obraz obdarowywania się darem z siebie, obdarowywania się bezinteresowną miłością.

Jak to przekłada się na Twoje spotkania z ludźmi i z Bogiem w OAT?

Lubię się z ludźmi spotykać i rozmawiać z nimi przy herbacie. Cenne są nawet te krótkie spotkania, wymiany zdań na korytarzach OAT oraz te „pokojowe mityngi”, na których niemal zawsze podejmowane są jakieś ważne życiowe sprawy. Wtedy jest okazja, by obdarowywać się nawzajem tym wszystkim, co jest w nas najlepsze. To są chwile budowania wzajemnych relacji, budowania miłości między ludźmi. Gdy obdarowujemy się miłością, jest z nami Bóg, który jest nieskończoną Miłością. Jako chrześcijanie dobrze o tym wiemy. Relacje z Bogiem nawiązuję też na modlitwie. Wzorem dla mnie jest Matka Teresa z Kalkuty, która wielokrotnie wyznawała, że im więcej pracuje się dla innych i z innymi, tym więcej czasu trzeba spędzać w modlitewnej relacji z Bogiem, żeby napełniać się Jego miłością, żeby potem móc się nią dzielić.

Czyli Dyrekor OAT ma czas na modlitwę?

Ma swój modlitewny program, który stara się realizować we wspólnocie braci. O siódmej mamy jutrznię. Później jest pół godziny rozmyślania, medytacji nad Słowem Bożym. Następnie o ósmej uczestniczymy we Mszy św. Później są modlitwy południowe, wieczorem nieszpory i druga medytacja, często nad tekstami mistyków, charyzmatyków, teologów. Uzgodniliśmy też z całą zakroczymską wspólnotą zakonną, że w środy spotykamy się na godzinnej adoracji Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Poza tym brat Mariusz czasem (uśmiecha się Brat Dyrektor) modli się na różańcu, klęka do modlitwy sam na sam z Panem Bogiem…

Ważna jest też dla mnie wspólna modlitwa z grupami, które spotykają się w naszym Ośrodku. Staram się w niej uczestniczyć, kiedy tylko mogę.

Życzenia Brata Dyrektora na Święta Wielkanocne?

Pan Jezus zwyciężył śmierć. Rzeczywiście ją pokonał. Jest więc w stanie przezwyciężyć Twoją i moją śmierć, Twój i mój grzech, Twoją i moją bezsilność. Życzę wszystkim Pracownikom Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości, jego Gościom, Sympatykom i Czytelnikom „Trzeźwymi Bądźcie”, aby czerpali siłę i moc – która zwycięża śmierć – od naszego Zmartwychwstałego Pana: Jezusa Chrystusa. Amen.


Z bratem Mariuszem Zacharkiewiczem rozmawiała Danuta Ługowska OV – doktor filozofii, magister psychologii, socjoterapeutka, psychoterapeutka uzależnień, współzałożycielka wirtualnęj wspólnoty osób poszukujących Boga „Pustynia Jedności”, współpracuje ze Szkołami Przymierza Rodzin.


Foto: Małgorzata Rutkiewicz


pobrane.jpg
logo OAT big.jpg
npz_logo.jpg