• Trzeźwymi Bądźcie

Mam pokój w sercu (z nr 3/2020)


MIESZKAŁAM W TRUDNYCH, ŻEBY NIE POWIEDZIEĆ SPARTAŃSKICH WARUNKACH. W STAREJ WILLI BEZ BIEŻĄCEJ WODY I CENTRALNEGO OGRZEWANIA. GDY BYŁO MI CIĘŻKO NA SERCU, NA STARYM TAPCZANIE ZAKOPYWAŁAM SIĘ W STARE FOKOWE FUTRO BABCI I PRZENOSIŁAM SIĘ – W INNY, „NOWY” ŚWIAT. W ŚWIAT MOJEJ WYOBRAŹNI.


Zawsze miałam wrażenie, że istnieje gdzieś jakieś miejsce, do którego może kiedyś dotrę, w którym będę spokojna, szczęśliwa spełniona…

W moim rodzinnym domu był alkohol (piła mama) i całe mnóstwo nieciekawych ludzi i zdarzeń… Dorastałam w życiowym bałaganie, w nim dotrwałam do dorosłości, do zamążpójścia.

W dorosłe życie wkroczyłam z bagażem niedostatków wszelakiej maści. I z potężną dawką współuzależnienia. Oprócz tego miałam silną nerwicę lękową, która przekładała się na wiele dolegliwości fizycznych i psychicznych.

Mój mąż okazał się alkoholikiem, a więc moje współuzależnienie pogłębiało się. Miałam wszystkie jego objawy, no i wszystkie zachowania z nim związane. Chore zachowania. Cały wachlarz dysfunkcji, deficytów, niemożności radzenia sobie ze sobą, z otaczającą mnie rzeczywistością.

Urodziłam tylko jedno dziecko. Na więcej się nie zdecydowałam wobec zaistniałych

okoliczności.

I tak mijały dni, miesiące, lata. Aż przyszedł dzień łaski. Nie ulega wątpliwości, że wiara w Boga to łaska, którą wszyscy otrzymują, tylko nie wszyscy na nią odpowiadają. Ja

ją otrzymałam w 1998 roku w Zakroczymiu, w kapucyńskim Ośrodku Apostolstwa Trzeźwości. Siedziałam w sali mityngowej, byłam po długiej spowiedzi (nie przystępowałam do tego sakramentu chyba 20 lat) i nagle poczułam rozprzestrzeniające się wewnątrz mojego ciała uczucie gorąca, połączone z jakąś niesamowitą dawką radości, wszechogarniającego pokoju i dobra, lekkości. Miałam wrażenie, że wyrastają mi skrzydła… Tak, doznałam zesłania Ducha Świętego. Było to namacalne, wyraźne doznanie. Od tamtego dnia moje życie wygląda inaczej niż kiedykolwiek przedtem.

W okresie młodości do kościoła miałam blisko, ale do Pana Boga daleko. A od spotkania z Nim u Braci Kapucynów jest odwrotnie. I od tamtego czasu wiem, że o wiarę trzeba dbać; trzeba ją pielęgnować jak bardzo delikatną roślinę.

W mojej rodzinie niewiele dbano o wiarę. Ojca wiary nie poznałam, zmarł, gdy miałam 13 lat, a mama chodziła do kościoła tylko na chrzty, śluby i pogrzeby. Religijne wzorce miałam słabe, a mimo to, dzięki łasce Bożej, uporządkowałam tę sferę mojego życia.

Swoją wiarę „karmię” lekturą Pisma Świętego i publikacji katolickich, słuchaniem religijnych

konferencji podczas spotkań kościelnych wspólnot.

Przede wszystkim jednak codziennie się modlę, systematycznie przystępuję do sakramentów świętych, czynnie uczestniczę w życiu Kościoła.

Często również pielgrzymuję do miejsc świętych, miejsc ważnych dla każdego Polaka, i uczestniczę w rekolekcjach w celu pogłębienia wiary, udoskonalenia różnych form jej praktykowania.

Dawniej zupełnie nie rozumiałam o co chodzi z „tą wiarą”. Wszystko wyjaśnił mi Pan Bóg, stawiając na mojej drodze odpowiednich ludzi…

Od wielu lat działam w strukturach promujących trzeźwe życie. Trafiłam do Wspólnoty Rodzin Katolickich z Problemem Alkoholowym. Zachwyciłam się jej programem bazującym na Dziesięciu Przykazaniach Bożych. Dogłębne poznanie każdego przykazania – z pomocą Katechizmu Kościoła Katolickiego – otworzyło moje oczy i serce na to, co jest w życiu najważniejsze. Pozwoliło mi uporządkować mój życiowy bałagan. Otworzyło mi drogę do świętości. Do zbawienia. Pragnę dalej kroczyć tą drogą.

Moje zdrowienie następowało także poprzez służbę Bogu i ludziom. Kiedyś miałam głowę i ręce zajęte sprawami, które do mnie nie należały, biłam się z myślami, które odbierały mi możliwość normalnego funkcjonowania. Teraz z radością i satysfakcją stwierdzam, że mam za sobą ponad 20 lat nowego życia; życia według praw ustanowionych przez Boga i Kościół. Mam pełną świadomość że jest Ktoś, Kto kieruje moim życiem, Kto napełnia je wartościami, życiodajną treścią. Dzięki temu stale rozwijam się duchowo i intelektualnie. W wieku 50 lat skończyłam wyższe studia. Mam większe poczucie swojej wartości.

Jestem wdową, ale też matką i babcią. Staram się być w tych rolach potrzebna, użyteczna. Przede wszystkim chcę być przykładem osoby prawdziwie wierzącej.

W moim domu są przedmioty kultu religijnego. Krzyż, obrazy świętych. Pismo Święte, książki i ilustracje religijne nie są chowane po kątach. Gdy ktoś mnie odwiedza i spożywamy wspólny posiłek, zawsze przedtem odmawiamy modlitwę. Od ponad 20 lat jestem na każdej niedzielnej czy świątecznej Eucharystii. Gdy jestem za granicą, najpierw sprawdzam, gdzie jest najbliższy kościół, aby w niedzielę czy w święta mieć możliwość uczestniczenia we Mszy św.

Oczywiście, niekiedy błądzę… Wtedy szukam rozwiązań z pomocą osób mądrzejszych ode mnie, zwłaszcza osób duchownych. Wtedy rozjaśniają mi się różne zawiłości, które się w mojej głowie kłębią.

Słowem, wiara w Boga mnie uleczyła; wyszłam ze współuzależnienia, pozbyłam się nerwicy bez przyjmowania jakichkolwiek leków. Daję wolność mojej córce, moim wnuczkom, choć nie zawsze podoba mi się to, co robią. Mam nieustający pokój w sercu. Dziś wiem, że wiele do mnie należy, ale nic ode mnie nie zależy. Wszystko zależy od Boga, od którego nic nie jest w stanie mnie oddalić. Wiara to mój ogromny skarb.

Mam miejsce, które na drodze mojego zdrowienia – zwłaszcza pod względem duchowym – ma szczególne znaczenie. To Gietrzwałd – mała wioska na Warmii niedaleko Olsztyna. To mój dom, do którego ciągle wracam. Tam jest Matka zawsze na mnie czekająca, Matka Boża Gietrzwałdzka. Spotykamy się kilka razy w roku. I zawsze jest to dla mnie czas radości, wyciszenia, pokoju i miłość. To jedyne miejsce, za którym stale tęsknię. Zawsze przeżywam smutek, gdy stamtąd wyjeżdżam, a radość, gdy tam wracam.


Ewa Ś.

Foto: Małgorzata Rutkiewicz

pobrane.jpg
logo OAT big.jpg
npz_logo.jpg