• Trzeźwymi Bądźcie

W zgodzie ze sobą, z szacunkiem dla innych (z nr 6/2020)

Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi pożytek. Wszystko mi wolno, lecz ja się niczemu nie oddam w niewolę.

1 Kor, 6. 12



SŁUCHAM SERCA

Czy potrafię być wolna w tym, co robię i jak żyję? Jest wolność „od” i wolność „do”; każdy ma coś, od czego chciałby się uwolnić, i to, co chciałby jako człowiek zrealizować. Co stoi na przeszkodzie w realizacji pragnień? Co ogranicza moje dążenie do wolności?

Zacznę od historii z przeszłości. Kiedy miałam 17 lat, męczyło mnie mieszkanie z rodzicami, były dni, że nie mogłam się uczyć, nauka po prostu nie wchodziła mi do głowy. Wtedy nie wiedziałam, że to rozbicie wewnętrzne jest skutkiem alkoholizmu w moim domu. Nie wiedziałam nigdy, czy wieczór będzie spokojny, czy będę znów słyszeć podniesiony głos mamy, czy może ojca nie będzie w domu i będziemy się martwić, co się z nim dzieje.

Po tak zwanych incydentach ojciec przepraszał mamę, ona mu przebaczała i jakiś czas był spokój, aż do następnego razu.

Pewnego jesiennego wieczoru, nie mogąc wytrzymać napięcia, poszłam na spacer. Przyszło mi na myśl, żeby już nie wracać. Nie chciałam mieszkać z rodzicami.

Dokąd iść? Przecież chcę skończyć szkołę, pójść na studia. Nie mam zawodu, skąd wezmę pieniądze na życie? Zrozumiałam, że muszę wrócić do domu, bo jestem

materialnie zależna od rodziców. To była moja zupełnie racjonalna, podjęta bez czyjegokolwiek nacisku decyzja: wracam.

Może się to wydawać sprzeczne: byłam zależna, ale wolna w swoim postanowieniu. Granica była wyraźna: gdy tylko będę mogła się usamodzielnić, zrobię to, czyli po studiach.

Minęły trzy lata, byłam na studiach, które mnie pochłaniały, dawały satysfakcję. I zakochałam się – z wzajemnością. Była to pierwsza naprawdę głęboka miłość. Niewiele rozmawialiśmy z moim chłopakiem o przyszłości, ale było dla mnie oczywiste, że będziemy zawsze razem. Spotykaliśmy się prawie codziennie.

Po jakimś czasie coś się zaczęło psuć, on miał jakieś pretensje. Ja nie rozumiałam, o co mu chodzi, nieraz płakałam. Moja mama, widząc łzy, powiedziała kiedyś: „jeśli ty tak przez niego płaczesz, to on cię nie kocha”. Bardzo mnie tym zraniła, uważałam, że jest w błędzie.

To było na trzecim roku studiów, trwała trudna sesja, gdy zadzwonił do mnie i powiedział, że nie będziemy się więcej spotykać; nie tłumaczył, dlaczego. Modliłam się do północy, prosząc Boga, by wrócił. Nalegałam, byłam natarczywa, chciałam, aby było tak, jak chcę. Następnego dnia poszłam na egzamin, który zdałam poniżej moich możliwości.

Po kilku dniach zadzwonił, przeprosił, coś tłumaczył. Byłam w siódmym niebie. Spotykaliśmy się, ale jego bliżej nieokreślone pretensje narastały. Po trzech miesiącach znów ze mną zerwał. Było mi trudno, ale już wiedziałam, że nasze wspólne życie nie jest możliwe.

Po kilku miesiącach spotkaliśmy się „przypadkiem”. Proponował, żebyśmy zaczęli wszystko od nowa. Nie chciałam go ranić, wypowiadając twarde „nie”. Powiedziałam, że jestem jeszcze w stanie nierównowagi emocjonalnej (co było prawdą), więc nie mogę podejmować decyzji, które mogłyby mieć wpływ na całe życie. Odsunęłam czas wiążącej odpowiedzi, chcąc uniknąć nalegania. Ta granica broniła mojej równowagi i mojej przyszłości.

Po jakimś czasie wyszłam za mąż za człowieka, na którym mogę polegać. Urodziły nam się dzieci, a jeden z naszych synów w okresie dojrzewania zaczął eksperymentować z substancjami psychoaktywnymi. Po skończeniu studium w innym mieście wrócił do domu, wtedy okazało się, że pije w sposób niekontrolowany. To był szok. Koleżanka z pracy, widząc moje cierpienie, podzieliła się swoim doświadczeniem w podobnej sytuacji.

Dla dobra syna poszliśmy z mężem na terapię dla rodziców, a syn podjął terapię dzienną. Nie pomogła. Próbowaliśmy różnych sposobów „wpłynięcia” na postępowanie syna. Bezskutecznie.

Nasz syn nie mógł znaleźć pracy. Z powodu złego stanu zdrowia otrzymywał rentę, z której nie mógłby się sam utrzymać. Wiedzieliśmy, że jako rodzice do końca życia jesteśmy zobowiązani do opieki nad nim. Powiedzieliśmy, że może z nami mieszkać, jeśli nie będzie

pić. Pewnego popołudnia wrócił do domu nietrzeźwy. To było złamanie warunków. Otworzywszy drzwi, zażądałam zwrotu kluczy i jego karty bankomatowej. Oddał potulnie. Nie wpuściłam go do domu.

Takie były zasady postępowania podane nam przez terapeutę.

Był grudzień. Byłam przygnieciona swoją decyzją. Wszystko we mnie krzyczało i płakało, myślałam, że zwariuję z niepokoju. Bałam się o syna. Nie mogąc sobie znaleźć miejsca, zabrałam się za porządki w kuchni. Do rana wszystkie garnki, patelnie, sztućce lśniły. Umyłam też okno. Koło piątej zmęczona położyłam się do łóżka i zasnęłam. Była może dziewiąta, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. To był nasz syn. Ucieszyłam się. Nie zamarzł, przeżył. Chciałam wstać, podbiec do drzwi, otworzyć. Nie byłam w stanie, nie mogłam nawet unieść ręki, jakby mnie przygniótł pięciotonowy ciężar. Nie otworzyłam.

Do domu po południu wpuścił go mąż, podpitego. Kiedy wróciłam z pracy, poszłam do pokoju syna. Leżał w łóżku. „Wstań i wyjdź” – powiedziałam, ale on nie wstał. Został.

Granica została wytyczona wyraźnie. Przekroczył ją mój syn. Zignorował jego ojciec. Granicę wyznaczył terapeuta, a ja – wbrew mojemu sercu – ją zbudowałam.

Dziś jestem w Al-Anon, we wspólnocie rodzin i przyjaciół alkoholików, w której uczę się żyć szczęśliwie, niezależnie od tego, czy alkoholik nadal pije, czy nie. A mój syn nie pije chyba od dziesięciu lat. Rok temu cudem znalazł pracę trzy ulice od domu.

Dziś nie nakreślam Panu Bogu scenariuszy, bo „wiem, że nic nie wiem”. On wie lepiej, co mi wyjdzie na dobre. Proszę Go tylko o poznanie Jego woli względem mnie i o siłę do jej wypełniania.

Dziś słucham serca i podejmuję takie decyzje, na jakie jestem gotowa. Wracam do początku, do mojego trzeźwego myślenia, kiedy potrafiłam odróżnić to, co mogę zmienić, od tego, co nie zależy ode mnie.

Pnę się w górę. I czuję się wolna.

T. M.

Foto: Szymon Pulcyn

pobrane.jpg
logo OAT big.jpg
npz_logo.jpg