IMG_20200606_124512.jpg
LATO
Z TRZEŹWYMI BĄDŹCIE
Zobacz też

SPOTKAJMY SIĘ MIMO WSZYSTKO

    Zanim w moim życiu nastąpiło odbudowywanie relacji z samym sobą, z rodziną, z pracodawcą i – co najważniejsze – z Bogiem,
nastąpiła wielka ich degradacja.
  Choroba alkoholowa niszczyła wszystkie moje więzi. Zbudowałem mur wokół siebie. Stałem się samotnym człowiekiem, a moja samotność stawała się tym większa, im głębiej rozwijała się moja choroba. Nie potrafiłem już wytrzymać sam ze sobą. W lustro patrzyłem z obrzydzeniem. Widziałem w nim człowieka, który nie jest dobrym mężem i ojcem, który krzywdzi wszystkich, których w istocie bardzo kocha.
  Dzięki Bogu, mimo choroby alkoholowej, relacji z rodziną całkowicie nie zerwałem. Okazało się, że miłość do żony i dzieci była silniejsza od „miłości” do alkoholu. Poszedłem na leczenie. I gdy zaczęło się moje zdrowienie, zacząłem pielęgnować relacje. Z sobą samym było mi najtrudniej.

Józef
 

  Zacząłem pić w wieku 15 lat; piłem wtedy okazjonalnie w koleżeńskim gronie. Gdy miałem 17 lat zauważyłem, że alkohol pomaga mi w kontaktach towarzyskich. W tym czasie zaniedbywałem relacje z rodzicami, innymi ludźmi i z Bogiem, choć jako dziecko chodziłem regularnie do kościoła, byłem chłopakiem bardzo pobożnym. Mając 5 lat, sam odmawiałem pacierz, znałem na pamięć Rotę i Boże coś Polskę (uczyła mnie babcia, gdyż rodzice byli zajęci pracą). Im byłem starszy, tym bardziej mój kontakt z Bogiem się osłabiał.
  Miałem 20 lat, gdy spotkałem niezłych „nauczycieli” picia. Po 25 roku życia klinowałem i piłem już ciągami. W wieku 32 lat trafiłem, za radą komisji do spraw rozwiązywania problemów alkoholowych, do poradni leczenia odwykowego. „Zaproszenie” do leczenia dostałem za przyczyną mojej mamy, która miała już dość mojego pijaństwa i obawiała się o moje życie. Modliła się za mnie, odbywała pielgrzymki do miejsc świętych w mojej intencji.

Andrzej


  Jestem uzależniony od narkotyków, alkoholu i hazardu. Od młodych lat byłem osobą towarzyską, lubianą w gronie znajomych. Zacząłem brać narkotyki, kiedy miałem12 lat, co miało wpływ na to, że nie potrafiłem dorosnąć, wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Relacje z ludźmi, którzy mnie otaczali, opierały się przede wszystkim na na przemocy – psychicznej lub fizycznej – pozwalającej na dominowanie w grupie.

  Natomiast moje relacje rodzinne oparte były na manipulacji i wykorzystywaniu członków rodziny do uzyskiwania korzyści finansowych. Byłem nieuczciwy, cechował mnie brak odpowiedzialności. Niejednokrotnie przejawiałem agresję słowną i fizyczną wobec bliskich. Zachowywałem się też destrukcyjnie wobec siebie i dalszego otoczenia. W końcu z człowieka, który był synem, bratem, mężem, ojcem, kolegą – stałem się osobą samotną i bezdomną. Nastąpił w moim życiu całkowity rozpad więzi z ludźmi.
Dotknięcie dna doprowadziło mnie do podjęcia próby „czystego życia”. Zanim rozpoczęło się moje zdrowienie musiała nastąpić we
mnie decyzja o zmianie – miejsca zamieszkania, pracy i otoczenia. Wtedy podjąłem intensywne leczenie...

Ariel

  Żeby opisać moje relacje z otaczającymi mnie ludźmi i Panem Bogiem, muszę odwołać się do mojego dzieciństwa i wieku dorastania. Duże znaczenie dla mnie ma fakt, że wzrastałam w katolickiej, wielodzietnej rodzinie i nauczyłam się otwartości na potrzeby innych. Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze miałam grono koleżanek i kolegów, z którymi łączyły mnie dobre relacje.          Oczywiście, pojawiały się nieporozumienia między nami, które bardzo przeżywałam, jednak dość szybko były wyjaśniane.
W okresie młodzieńczym również miałam sporo znajomych, z wieloma się przyjaźniłam, ale moje relacje z nimi były dość wstrzemięźliwe, ponieważ zawsze słyszałam ostrzeżenia rodziców, abym uważała na to, co mówię i do kogo, bo mogę powiedzieć coś, co może zaszkodzić mnie i mojej rodzinie. Kiedyś tego nie rozumiałam, ale w miarę dorastania, pojęłam przestrogi rodziców. Zaraz po wojnie byli oni – i cała nasza familia – szykanowani za wyrażanie swoich negatywnych opinii wobec komunizmu.
Pragnienie przyjaźni, bliskości, serdeczności i miłości były zawsze w moim sercu bardzo żywe. Jednak z biegiem lat, kiedy weszłam w dorosłość, doświadczałam zranień przez osoby, którym ufałam. Zranienia te, a szczególnie zdrada mojego męża, spowodowały, że zamknęłam się w sobie, ukrywając to, co czuję, bo już nikomu nie chciałam pozwolić na wyrządzanie mi krzywdy. Zaczęłam też udawać kogoś, kim nie jestem. A kiedy to udawanie stawało się zbyt trudne, odkryłam cudowne „lekarstwo” na wszystko – alkohol.

  Alkohol „pomagał” mi zagłuszać głos serca i zrywać więzi z bliskimi. Stawałam się obojętna na ewangeliczne wartości, traciłam szacunek do samej siebie, zamykając się w świecie kłamstw, iluzji i zaprzeczeń, stroniąc od Boga i ludzi. Doświadczając „piekła”, które sama sobie zgotowałam, myślałam nawet o samobójstwie…
  Któregoś dnia ujrzałam jednak światło w tunelu… 

Ania


  Zostałam wychowana przez rodziców w wierze katolickiej. Jednak coś w naszym domu było nie tak. Rano budziły mnie kłótnie mamy z tatą, który pił, podobnie jak mój brat. Stale towarzyszył mi strach, niepewność, uczucie, że mój dom jest gorszy od innych. Mama co wieczór na klęczkach odmawiała modlitwy; dziwiłam się, że wierzy w Boga i się do Niego zwraca, bo każdy dzień w relacjach z ojcem i bratem był taki sam. Przez lata nic się nie zmieniało na lepsze.
Miałam 19 lat, gdy wybrałam się na pielgrzymkę do Częstochowy w intencji trzeźwości mojego ojca; bardzo pragnęłam, żeby skończyły się w naszym domu awantury. Moje modlitwy przed obrazem Matki Bożej nie zostały jednak wysłuchane. Przestałam wierzyć w Bożą moc.

  Potem się zakochałam, wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, miałam dobrą sytuację finansową. Myślałam, że mąż otoczy mnie miłością i da mi szczęście, którego nie doświadczyłam w rodzinnym domu. Jednak tak się nie stało. Moje relacje z mężem były podobne do tych mamy z tatą. Okłamywał mnie, rozpił się w końcu mnie zdradził, stracił pracę i zostawił mnie z dziećmi. Byłam

zdruzgotana. Wówczas Pan Bóg upomniał się o mnie. Postawił na mojej drodze członkinie wspólnoty Al-Anon. Poznałam wiele osób, które swoim przykładem pokazywały mi, jak żyć – mimo cierpień i upokorzeń. Dziś żyję w prawdzie. Już nie myślę, że jakoś to będzie, dziś wiem, że gdy będę daleko od Boga, to się pogubię, poplączę ścieżki, nie będzie we mnie spokoju i miłości...

Joanna Al-Anonka


 

  Moje dorastanie w rodzinie dysfunkcyjnej pozostawiło we mnie gorzkie przekonanie, że nadzieja wiąże się z rozczarowaniem, a może nawet przedłuża cierpienie. Nadzieja z tamtych lat nacechowana była naiwnością ponieważ jako dziecko nie widziałam rozwiązań dla rodzinnych problemów. W konsekwencji, już jako dorosła osoba, często bałam się życia, często spodziewam się porażki, nawet katastrofy. Dlatego ciągle przed kimś lub przed czymś uciekałam. Nie potrafiłam z nikim nawiązać relacji. Nauczyłam się już z tym żyć i sprawnie udawać, że nic złego się nie dzieje, że wszystko jest w porządku; przyjęłam po prostu, że życie nie musi być miłe. Jakoś trzeba przetrwać każde trzęsienie ziemi – zwłaszcza gdy się ma dziecko, psa, rachunki do spłacenia, odpowiedzialną pracę, a tylko jedną głowę (tak się składa, że nie mam męża).
  Od czasu do czasu dochodziły do mnie jednak sygnały i znaki, że coś mimo wszystko nie jest tak, jak być powinno. Niekiedy udawało mi się szerzej otworzyć oczy i widziałam na około rzeczy inne niż te, o których szeptało moje wewnętrzne, zalęknione dziecko. Widziałam wtedy ludzi odważnych, radosnych, realizujących swoje marzenia i plany. Chyba musiał być to dla mnie świat dość przerażający, bo szybko zamykałam oczy, przechodząc nad tym, co widziałam, do porządku dziennego, zapominałam o fantazji, w której przez chwilę tkwiłam. I znów nie szłam do pracy, której nie mogłam znieść. Uciekałam w chorobę, żeby tylko zostać w domu i czuć się bezpiecznie. Pewnego dnia odkryłam coś ważnego: że to, co nazywam „bezpieczeństwem” – tak naprawdę jest tylko ucieczką. Doszło do mnie, że w istocie biegnę gdzieś jak szalona – nabieram prędkości i wydaje mi się, że dobiegnę do celu jako pierwsza i zatriumfuję, ale wszystko kończy się tak jak zwykle: rozbijam się na drobne kawałki i wydaje mi się, że nigdy już się nie pozbieram.
  Wtedy pomyślałam, że jest szansa, żeby się nie rozbić, że pobiegnę do przodu, ale zrobię coś inaczej niż dotąd. Odkryłam coś, co do tej pory było mi raczej obce – prawdziwą nadzieję!...

Kornelia
 

Jak, mimo wszystko, nawiązać dobre relacje na str. 2 - 7 nr 4/2020

TOWARZYSZĘ MŁODYM LUDZIOM W ODKRYWANIU PIĘKNA ŚWIATA I PIĘKNA W NICH

z Anną Kryżman - wicedyrektor Szkoły Podstawowej Przymierza Rodzin nr 3 w Warszawie - rozmawia Danuta Ługowska OV

 Jesteś Aniu wicedyrektorem Szkoły Przymierza Rodzin. To szkoła katolicka, w związku z tym Twoja formacja religijna ma ogromne znaczenie...
  Wydaje mi się, że we wszystkich działaniach, które podejmuję, kluczowym słowem, pojęciem jest „relacja”. Realizacja woli Bożej wiąże się z relacją osobową z innymi ludźmi. Wszystko, co robię z mężem, z dziećmi z pracownikami, z sąsiadami – bazuje na relacji z nimi. A w nich mieszka Bóg. Dlatego przede wszystkim z Nim buduję relacje. Wydaje mi się, że wszystko, co robimy bez relacji, bez więzi z drugim człowiekiem – może nie mieć sensu. Kiedyś chciałam zajmować się lodowcami. Miałam pisać doktorat i zostać naukowcem. Ale porzuciłam ten zimny temat na rzecz spraw, które dotyczą spotkania z Bogiem i człowiekiem. Naprawdę interesuje mnie drugi człowiek. Szkoła jest miejscem, gdzie można go poznać i towarzyszyć mu w rozwoju. Zwłaszcza praca z dorastającą młodzieżą dostarcza wiele satysfakcji; gołym okiem widzi się – jak powstaje ewangeliczny „nowy” człowiek.

Więcej  o relacjach z młodymi ludźmi -  na str. 8 - 11 nr 4/2020

W ZGODZIE ZE SOBĄ

Zawsze ujmowały mnie filmy i książki, w których mogłam się poprzyglądać, jak inni ludzie żyją. Zwłaszcza jeśli tworzyli fajną, wielopokoleniową rodzinę, dobre relacje w związku, czy małżeństwie. Największym sentymentem darzę książki z dzieciństwa – o domach, w których domownicy mogli na siebie liczyć, gdzie panowały jakieś zasady i było się na czym oprzeć; gdzie dorośli byli stabilni, a dzieci mogły być dziećmi. U mnie w domu nie było tak prawie nigdy. I żeby tylko u mnie! Wtedy byłabym jedyną osobą na świecie, która uczyłaby się życia przez obserwację poza własną rodziną.

Niestety. Mamy całe pokolenia osób uzależnionych i współuzależnionych, całe podwórka i klasy DDD i DDA. Co my wszyscy możemy wiedzieć o relacjach? Czym są te dobre, od czego zależą, jak je tworzyć. Oddałabym zajęcia z plastyki i pół wu-efu, a może nawet na odwrót, za jeden semestr nauki o zdrowych więzach międzyludzkich. Ba, dorzucę jeszcze dwa półrocza zajęć technicznych w zamian za roczne warsztaty: jak budować relacje i jak je odpuszczać. Naprawdę, jestem nawet gotowa powtarzać klasę dopóty, dopóki nie uzyskam wyniku: „materiał opanowany w sposób dostateczny”. Bo na razie idzie mi miernie
i przechodzę na wyższy poziom chyba tylko z litości...

Ewa Skórska

Jak zadbać o swój związek ze sobą na str. 34 - 37 nr 4/2020


 

RELACJE W OŚRODKU APOSTOLSTWA TRZEŹWOŚCI

z s. Gertrudą Siennicką ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych i Barbarą Siewinską, kierownikiem kuchni w OAT, rozmawia Danuta Ługowska OV

  Od kiedy Siostry Wspomożycielki Dusz Czyśćcowych są w Zakroczymiu?


  Tu jest nasza kolebka. Wszystko się zaczęło przy zakroczymskiej parafii na plebanii. Stryj Matki Założycielki – Wandy Olędzkiej – był tu proboszczem i Wanda około 1880 roku zamieszkała u niego. To on opowiedział jej o sławnym ojcu, kapucynie zakroczymskim – Honoracie Koźmińskim. Wanda w przyklasztornym kościele korzystała z sakramentu pokuty i pojednania, i tam spotkała się z tym charyzmatycznym zakonnikiem, czego skutkiem było powołanie do istnienia naszego Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. Pierwszymi Wspomożycielkami były Wanda Olędzka i kucharka wspomnianego proboszcza, pani Rozalia Mieszkowska. Gdy o. Honorat został zmuszony do opuszczenia Zakroczymia w 1892 roku i przeniósł się do kapucyńskiego klasztoru w Nowym Mieście nad Pilicą, nasze pionierki poszły w ślad za nim. Wówczas zakończyła się na długie lata obecność sióstr w Zakroczymiu. Powróciły tu dopiero po II wojnie światowej około roku 1948.

Przybyłyśmy na zaproszenie o. Benignusa Sosnowskiego, wtedy przełożonego zakroczymskiej wspólnoty kapucynów, do pracy w Domu Rekolekcyjnym Duszpasterstwa Trzeźwości, który waśnie tworzył. Miały tu się odbywać kursy z zakresu profilaktyki uzależnienia od alkoholu i promowania życia w trzeźwości – przede wszystkim dla duchowieństwa, zwłaszcza dla kleryków z ówczesnego seminarium warszawskiego, i dla sióstr zakonnych. I tak się stało; kursy były prowadzone przez specjalistów duchownych i świeckich. A siostry Wspomożycieli dbały o czystość Domu Rekolekcyjnego, zaangażowane były w jego biurze i w kuchni. 

  W ówczesnym Domu Rekolekcyjnym ma też swój początek przedszkole, prowadzone przez nas w Zakroczymiu do dziś. Otóż, siostry pracujące w nowo powstałej kapucyńskiej placówce tam też mieszkały. I tam często przychodzili do nich okoliczni rolnicy, którzy zostawiali im pod opiekę dzieci, bo idąc do pracy w polu, nie mieli co z nimi zrobić. I tak od opieki nad dwójką, trójką, pięciorgiem dzieci – zrodził się pomysł założenia przedszkola. Początkowo siostry udostępniały przedszkolakom swoje pokoje w ciągu dnia, a w nocy w nich spały. Obecnie nasze zgromadzenie ma własny dom w Zakroczymiu, w którym prowadzimy Przedszkole Niepubliczne Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych im. Wandy Olędzkiej.


   A jak Siostra trafiła do Domu Rekolekcyjnego, dziś Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości?


  Moja praca w OAT zaczęła się w 2001 roku. Zostałam tu skierowana przez Matkę Generalną. I pracowałam tutaj 5 lat. W tamtym okresie zajmowałam się przede wszystkim kwaterowaniem gości OAT, ale i księgowością. Na początku, szczerze mówiąc, nie czułam się pewnie w sprawach przyjmowania i kwaterowania osób do nas przyjeżdżających, natomiast bardzo dobrze funkcjonowałam w pracach administracyjnych i księgowych, ponieważ przed przyjazdem do Zakroczymia byłam księgową w naszym Domu Pomocy Społecznej im. Natalii Nitosławskiej w Nowym Mieście nad Pilicą, a później przez 13 lat dyrektorem tegoż domu.
  Obecnie, po ukończeniu studiów podyplomowych z zakresu rachunkowości, po zdobyciu Certyfikatu Ministerstwa Finansów, mogę prowadzić nawet biuro rachunkowe. Przedtem miałam magisterium z teologii ogólnej, ale w kwestii kontaktu z osobami uzależnionymi i współuzależnionymi byłam na początku drogi i było to dla mnie wyzwaniem.

(fragment wywiadu z s. Gertrudą)

 

  Basiu, od kiedy zaczęła się Twoja przygoda z Ośrodkiem Apostolstwa Trzeźwości?


  Zanim się tu pojawiłam nie miałam pojęcia o istnieniu Ośrodka Ojców Kapucynów w Zakroczymiu, pracowała tutaj w kuchni moja ciotka. Ona mnie tu zarekomendowała, gdy ukończyłam szkołę gastronomiczną. No i jak 1 września 1994 roku zostałam tu zatrudniona (najpierw na czas próbny), tak już zostałam do dzisiaj. W OAT pracuję już 25 lat. Przyjmował mnie do pracy o. Józef Łaski, który tu był wówczas dyrektorem. Szefową kuchni była s. Serafina – fajna jako szefowa i jako człowiek. Chyba każdy, kto przyjeżdża tu od lat, dobrze ją wspomina.


  Jacy są goście OAT? Czy weszłaś z kimś w bliższe relacje przez te ćwierć wieku?


  Gośćmi byli – i do dziś są – osoby świeckie i duchowne, często wysoko postawione w kościelnej hierarchii. Zawsze licznie reprezentowane były i są grupy samopomocowe; wspólnoty AA, Al-Anon i DDA. Bliski kontakt mam najczęściej z organizatorami spotkań tych grup; przychodzą do kuchni, aby ustalić czas posiłków, dowiedzieć się, co będziemy dla nich gotowały. Ja i inne kucharki nie dzielimy naszych gości na lepszych i gorszych – wszystkich traktujemy jednakowo.

(fragment wywiadu z p. Basią)

Więcej o relacjach w OAT -  na str. 40 - 49 nr 4/2020

pobrane.jpg
logo OAT big.jpg
npz_logo.jpg